piątek, 26 października 2007
Aaabsolutnie_kupie
Pożegnała się z nami (chwilowo mam nadzieję) nasza kochana, ceniona i zawsze mile widziana autorka blogu Bez Cukru, czyli aaabsolutnie_kupie.
Czuję żal, przedziwne bowiem takie znikanie z tego mikroświata.
Czuję nadzieję, że powróci.
Czuję ciekawość: zmęczenie materiału to jest?  Nuda?  Gorączka życia?  Postanowiła słodzić i uczciwość jej nie pozwala pokazywać  się pod starym adresem?

Ja w każdym razie już tęsknię za tym internetowym bytem.
Krzepi mnie, poza cukrem, tylko świadomość, że byt realny gdzieś tam istnieje wśród nas, może nawet nie tak strasznie daleko, z jednego miasta przecież jesteśmy.
Jeszcze nic straconego, ja tam się w jej okolicach pokręcę. I może to już nie będzie stara, dobra aaabsolutnie, ale będzie młoda, dobra Be.

poniedziałek, 22 października 2007
Nadzieja powyborcza
Nie miałam pojęcia, jak mi to ciążyło. Niby człowiek starał się nie oglądać, nie słuchać, nie czytać, co tam na górze się toczy, ale jakoś wdzierało się wszystkimi otworami w ciało i tkwiło tam jak stupudowy ciężar (ile to jest sto pudów? Na pewno dużo), hamowało, powodowało myśli o ucieczce, jeśli nie zagranicznej, to przynajmniej wewnętrznej.
Od wczoraj, od 22.55 zyskałam nową lekkość. Nowa energia. Wynik powyborczej nadziei. Nie powiem, obaw też trochę, ale czuję się pokrzepiona, że tyle osób, że kolejki pod lokalami, że dzięki mądrym współobywatelom nie będę już musiała oglądać panów Andrzeja z Romanem, że pospolite ruszenie, że młodzi dali głos. Cieszę się, dziś fruwam prawie jak w czerwcu 1989, przestaję myśleć o tym, jak wyciągnąć męża na emigrację.
Wiem, zobaczymy jak to będzie, ale jakoś odważniej patrzę w przyszłość.
11:37, troppo_bella , Apolityczna
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 15 października 2007
Wiedźmin i komornik

Tak trudno życie zamknąć w słowa, cierpię teraz na taką przypadłość, pewnie uleczalną, choć na razie nie pozwalającą mi pisać nic ponad to, co muszę, bo inaczej redakcja naśle na mnie płatnych morderców.

Albo komornika.

Borykam się ze słowami, które nijak nie wyrażają niczego, w bladym stopniu odzwierciedlają to, co się kłębi w środku. Ciężko pisać cokolwiek, nie tylko na blogu.

A piszę aktualnie:

stałą rubrykę w pewnym periodyku oraz adaptację serialu -obie rzeczy, by zarobić na chleb powszedni oraz bułki z piekarni szwajcarskiej,

serial z jedną moją koleżanką - dla przyjemności, nie tracąc jednak z oczu potencjalnych, przyszłych finansów oraz tęskniąc za władzą, jaką będziemy się cieszyć jako wyłączne autorki scenariusza,

oraz drugą książkę - dla własnej grafomańskiej satysfakcji, że pokonałam kryzys drugiej powieści, ale idzie jak po grudzie z powodów wyłuszczonych w pierwszym akapicie.

Na każdym polu wojuję ze słowami jak Wiedźmin ze strzygami i niestety - bywa - polegnę czasem.

Czy ma ktoś do polecenia muzykę wyzwalającą twórcze siły? Coś, co włączę i nagle myśli gładko i sprawnie dają się zamknąć w piśmie?

Hm?

piątek, 05 października 2007
Zakochana Jane, zakochana troppo

Oj, troska o utrzymanie reputacji młodej panny to była kiedyś straszna rzecz. Zwłaszcza że tej nieszczęsnej reputacji wszystko mogło zaszkodzić, nawet chichotanie po kątach z kawalerem albo parugodzinne siedzenie z nim w dyliżansie. A nic już jej przywrócić nie mogło, żaden cud. A bez reputacji o mężu nie było co marzyć. Ani o bywaniu w towarzystwie. Ani o czymkolwiek. Jedno podejrzenie o utratę dziewictwa i szlus, koniec, życie przed dziewczyną zamknięte, a i jej siostry od tej pory bywają niemile widziane, zupełnie jakby to było zaraźliwe.

A co do filmu Zakochana Jane, poza powyższymi refleksjami:

niedobrze jest umieszczać Amerykankę o bardzo współczesnej urodzie w roli pewnej pisarki żyjącej 200 lat temu.

dobrze jest popłakać sobie w ciemnym kinie na temat cudzych niezrealizowanych miłości.

dobrze jest jak nastolatka zakochać się w postaci filmowej. Ta postać porusza widać czułe struny w sercu, więc chce się  iść ponownie na ten w sumie przyjemny, choć średnio wartościowy filmik tylko i wyłącznie po to, by ponapawać się do woli chłopięcym urokiem Jamesa McAvoya w roli ukochanego Jane Austen.

Chyba pan McAvoy zdetronizuje w mym prywatnym rankingu najatrakcyjniejszych postaci filmowych Elijah Wooda w roli Froda we Władcy pierścieni.

James McAvoy grał również w Opowieściach z Narni. Wcielił się tam w Pana Tumnusa, fauna w czerwonym szaliku, i był prawie równie uroczy, mimo rogów, kopyt i koźlej (fauniej) bródki.

No co ja poradzę, że lubię niskich mężczyzn o chłopięcej urodzie. Ciekawe, co na to psychoanalityk?

poniedziałek, 01 października 2007
Aplikacja trenera

Co rano spotykamy z trenerem w parku te same osoby:

starszego pana o figurze młodzieniaszka, który bez śladu zadyszki dokonuje kolejnych okrążeń jeziorka. Kiedyś wezmę od niego autograf;

panią w średnim wieku, która w dresie i obuwiu trekkingowym szybkim marszem pokonuje kilometry, co dzień to szybciej, bo co dzień spotykamy ją bliżej naszego startu (a jej mety)

ukraińską nianię z parumiesięcznym chłopczykiem, która czyta mu ze śpiewnym akcentem pisma kobiece. Mały siedzi obok niej na ławce, bawi się swoimi paluszkami i słucha.

Pana, który elegancko ubrany jedzie rowerem do pracy ze słuchawkami na uszach (czego słucha??).

Panów, którzy koszą trawę i zawsze się z nas śmieją (kiedy im się znudzi??)

Dwie panie z tłustym kundelkiem, który zawsze musi kawałek za nami pobiec. Panie wloką się za nim.

Dziewczynę w czarnym dresie, która na poręczy mostka robi streczing.

Park jakby stworzony do biegania, a jednak mało ludzi ćwiczy. Może chodzą na aerobik lub siłownię? Pewnie jednak nie, niestety.

Może dlatego ta nacja taka ponura i szydercza. Mnie - odkąd ćwiczę - złośliwość znacznie się stępiła, a poziom optymizmu bardzo wzrósł.

Zaaplikowałabym mojego trenera paru osobom publicznym ze szczególnym uwzględnieniem głównych graczy w tegojesiennej kampanii.

Tylko czy on by chciał?

13:12, troppo_bella
Link Komentarze (5) »
niedziela, 30 września 2007
Nogi trochę bolą

Dziś wybił tydzień, odkąd trenuję z moim osobistym (przez dwa miesiące) trenerem. Już od tygodnia co rano przez godzinę uprawiam z nim marszobiegi. W tym czasie ten miły mężczyzna opowiada mi, co i jak mam jeść, jak i co mam ćwiczyć oraz motywuje.

Efekty? Są. O 23 zapadam w pościel i śpię nieprzerwanym snem do 6.50 (a przez ostanie pół roku nie przespałam porządnie jednej nocy).

Pojawił się niejaki u mnie optymizm, a nie grzeszyłam nim od czasu studiów.

Mój organizm sam mnie powiadamia, że minęła 8, 11, 15 i 18, bo o tych godzinach jadam.

Prościej się trzymam.

W talii i na wadze nadal tyle samo, ale ostrzegano mnie: pierwsze prawdziwe efekty odchudzające po dwóch tygodniach.

Ale napawam się snem, śpię, zachwycona spaniem od wieczora do rana, nie oglądam już ciemności nocy o 2 nad ranem ani dramatycznych świtów o 5 rano. Jest fajnie. Nogi trochę bolą, ale nic to.

17:08, troppo_bella
Link Komentarze (6) »
piątek, 28 września 2007
Co pokazałam dzieciom

Robimy pokój dla córki, bo chcemy rozdzielić dzieci. W tym celu musimy odgruzować wieloletnią graciarnię w najmniejszym pokoiku. Właśnie (przez trzy wieczory) zgłębiłam zawartość jednej półki. Stały tam liczne paczuszki opatrzone napisami "pamiątki".

Po rozpakowaniu znalazłam tam:

- zeszyty z mojej pierwszej klasy, czwartej klasy, siódmej klasy - od razu pokazałam dzieciom, żeby udowodnić, że można, he he, mamusia tak nie bazgrała, jak wy

- wszystkie zeszyty ze studiów - po co ja je tyle lat trzymałam? Nie pokazałam dzieciom, bo strasznie zabazgrane

- bibułę z lat 80. plus opaskę ze strajku studenckiego - od razu pokazałam dzieciom, że jestem kombatantką i że kiedyś to młodzież była ideowa, a teraz? Tylko te komiksy i internet

- kilka roczników pisma Powściągliwość i praca - pokazałam dzieciom, że takie rzeczy się kiedyś czytało, a nie tylko te komiksy i internet (syn zauważył, że niektóre egzemplarze są niepoprzecinane u góry, ale pominęłam to milczeniem)

- plakaty z teatru amatorskiego, w którym kiedyś występowałam - pokazałam dzieciom, że występowałam

- zeszyty z rysunkami i szkicami, bo (przez dwa miesiące) chciałam iść na ASP - pokazałam dzieciom, że chciałam i rysowałam

- listy miłosne od mężczyzn, których teraz średnio kojarzę. Wyrwałam dzieciom od razu, dorwały ponownie, więc musiałam spalić w wiaderku na balkonie. Sąsiad przyszedł i pytał, czy grillujemy. Myślałam, że z pretensją, ale on przyszedł z nadzieją.

- pierścionek zaręczynowy od któregoś narzeczonego, z którym w końcu nie stworzyłam związku ani dzieci. Chyba mu powinnam zwrócić. 

- czterdzieści tomów pamiętników prowadzonych starannie od czwartej klasy podstawówki. Nie mam serca tego wyrzucić, nie mam siły tych bzdur czytać. Uderzyło mnie jednak, że od zawsze uważałam, że jestem gruba, leniwa i stać mnie na więcej. I kto mówił, że człowiek się rozwija? Nie pokazałam dzieciom, bo mi wstyd.  

Muszę jeszcze opróżnić osiemnaście półek.

piątek, 21 września 2007
Miałam dziś optymistyczną randkę

Od dziś optymistycznie. Dosyć rozdzierania szat, bo i co z takimi rozdartymi robić? W ramach optymizmu:

Miałam dzisiaj randkę. Pan ów bardzo mi poprawia humor, bo bez przerwy gada, wesoło i głównie o mnie (albo o jedzeniu, dwa najbardziej interesujące tematy :-) oraz często i bez obrzydzenia na mnie patrzy. Widujemy się niemal codziennie. I to dłuuugo. Po takich spotkaniach wracam do domu z silnym rumieńcem, lekko zadyszana, oczy błyszczące.

I co my razem robimy?

No co?

Fe, świntuchy.

My się razem odchudzamy. Pan ów jest trenerem, który prowadzi tzw. stacjonarne wczasy odchudzające, co polega na tym, że zmusza mnie do uprawiania sportu w plenerze, dzień w dzień oraz podsuwa mi różne skuteczne sposoby na zmianę diety. Godzina marszobiegu czy nordic walking (po ludzku: łażenie z kijkami) dziennie czyni cuda. Jeśli nie w talii, to w duszy na pewno. Łydki bolą co prawda, ale powyżej tryskam energią, o, proszę popatrzeć.

Trysk.

Więc od dziś pozytywnie, a od jutra jeszcze bardziej, bo będę miała kolejną randkę. Pardon, trening.

Jak zwał tak zwał.

Trysk.

16:24, troppo_bella
Link Komentarze (10) »
piątek, 14 września 2007
Irina Palm

W ramach eskapizmu eskapuję w ciemności kinowe przytulne jak matczyne łono i jak ono puste w godzinach porannych.

Wczorajsze odkrycie: Irina Palm.

Niesamowity film o sile i godności kobiecej, wzruszający, śmieszny, krzepiący. O prostytutce? Tak, w pewnym sensie. Ale ani tu dosłowności, ani wulgarności, heroizm raczej przeplatający się z codziennością w złoto-szary warkoczyk.

15:16, troppo_bella
Link Komentarze (6) »
Wakacje od siebie

Tyle to już czasu minęło, odkąd tu nie zaglądam. Nie marnuję jednak czasu, bo ciągle się zastanawiam, jak na jakiś czas zniknąć z reala, skoro się udało tak dobrze zniknąć z wirtuala.

Zniknąć z życia, tego prawdziwego, nie blogowego, i wrócić za jakiś czas, mądrzejsza, dojrzalsza, pełna energii, uporządkowana. Jest jakiś sposób na wakacje od siebie?

Ja jeszcze nie znalazłam. Jakieś rady?

13:21, troppo_bella
Link Komentarze (9) »
niedziela, 29 lipca 2007
Najwrażliwsza część ciała

Witajcie! Kopę lat! Dawno mnie tu nie było, od czasu gdy Tepsa amputowała mi najwrażliwszą część ciała, czyli Internet. Część ciała w końcu szczęśliwie mi odrosła, nie nacieszę się nią długo jednak, bo pryskam.

Na wiochę, gdzie właśnie kombajny skończyły żniwa, gdzie tną komary, jedna kreska zasięgu komórki jest tylko na Oliwowej Górce, gdzie w ogrodzie lubczyk, tymianek, bazylia i mieta, więc aż przyjemnie gotować. Gdzie stół pod jabłonką, na stole laptop, w laptopie nowa książka, oby dobra, oby lepsza od pierwszej.

Myślę o moich bloginiach i blogowcach, śnicie mi się czasem, niektórzy, a na wsi sny kolorowe, cytuję czasem niektórych, z innych garściami czerpię, i z przyjemnością poczytam Was po wakacjach.

Zatem otrząsam miejski pył ze stóp i znikam w podlaskich piachach.

Adieu!

00:06, troppo_bella
Link Komentarze (20) »
piątek, 29 czerwca 2007
Nienawidzę Tepsy!

TP SA, niemal monopolistka, zmieniła imydż, ale w duszy pozostaje nadal totalitarną instytucją pełną pogardy dla klienta, tylko teraz owija to w miłe słówka biednych tzw. konsultantów, odbierających telefony od wściekłych abonentów.

Tak, opieprzyłam jednego pana z biura Tepsy, emitującego gładką watę słów, że on nic nie wie i że tak musi być. Przeprosiłam go co prawda, i powiedziałam, że wiem, że to nie jego wina, tylko firmy, ale co się nasłuchał... I rzuciłam słuchawką, bo się bałam, że jeszcze coś mi się wymknie. Ma pewnie dziennie takich telefonów setki, ciekawe czy jedzie na relanium.

Pluję sobie w brodę, że coś mnie podkusiło, żeby zmienić jedną, strasznie drogą opcję Neostrady na drugą, trochę mniej drogą, ale trochę szybszą. Zamówiłam w biurze, mieli włączyć tę nową opcję za jakiś czas.

Wracam do domu, zaglądam do internetu, a tu – niespodzianka! Jestem kompletnie odłączona! Zamiast uruchomić szybszą, wyłączyli mi wszystkie opcje! Okazało się, że technicy sprawdzają linię. Minęły dwa dni... Ile można linię sprawdzać?!?!? Zresztą nikt mnie nie uprzedzał, że będą jakieś przerwy. Ja odcięta od świata i źródeł zarobku oraz materiałów, bo wysyłam co napiszę, głównie mailem. Dzwonię co parę godzin do nieszczęsnych konsultantów, a oni mówią: nie wiemy, kiedy włączą. Może za parę godzin... Może za parę dni... Może i tydzień potrwa... Może i dłużej…

Kawiarenka internetowa teraz moim drugim domem.

Nienawidzę Tepsy!

Wstyd mi tylko za biednego chłopca do bicia z ich biura.

10:40, troppo_bella
Link Komentarze (30) »
piątek, 22 czerwca 2007
Związek Młodych Pisarek

Nowe okulary przeciwsłoneczne niebezpiecznie fałdują teren - ciągle mi się wydaje, że idę pod górę, co właściwie miałoby rangę metafory, gdybym tylko nie podnosiła tak wysoko stóp przy każdym kroku. Ktoś wyprodukował straszne badziewie za 39 zł.

Ludzie patrzą na mnie dziwnie, niech patrzą, zmagam się z powierzchnią.

Mam właśnie randkę z pisarką. Kobietą, z którą będę mogła pogadać o tym, co boli i dręczy oraz cieszy piszącego człowieka, o tym, co tak nudzi tych wszystkich, którzy nie piszą, w sensie książek nie piszą.

Zdejmuję zniekształcające okulary, by nie dać zbyt dużego krokasa w kierunku mdl2 (http://jeszczerazodzera.blox.pl/2007/06/spotkania.html#ListaKomentarzy). Pisała, że jest niska, jeszcze ją zdepczę w tych moich paskudnych pinglach, co z tego, że dobrze wyglądają.

Zdejmuję. Słońce oślepia. Wychodzę wprost na nią.

Niska, czyli mojego wzrostu.

Młoda.

I wcale nie taka zadzierzysta, jak na blogu, gdzie lubi się łokciami rozpychać, dać kuksańca, w realu skupiona raczej, trochę introwertyczna, delikatna.

Nigdy nie mogę wyjśc z zadziwienia, jak bardzo człowiek różni się od swego dzieła. Gdyby Mdl2 wyglądała tak, jak pisze, byłaby buńczuczną pankówą z nastroszonym grzebieniem w kurtce z ćwiekami. Z inteligentnym błyskiem w oczach, rzucającą trafne i złośliwe dowcipy.

No, przynajmniej w niektórych wpisach.

Ale ja się nie boję, bo zżera mnie żądza dyskusji o pisaniu, wymyślaniu, wydawaniu, promowaniu, kreowaniu, bo mdl2 też wydała powieść, też pisze drugą. Od paru miesięcy mi się ta tematyka wylewa, nikt nie chce tego słuchać, mąż ziewa, koleżanki zmieniają temat, mama ucieka oczami i myślami.

O rany, jak fajnie. Mdl porzuca początkową rezerwę, ja czuję się, jakbym ją znała przynajmniej od paru lat, zero barier, tematy płyną, bo czasu mało, jeden za drugim, zapominamy o ciastkach, które pachną bezskutecznie na talerzykach... Tyle mamy do powiedzenia...

No to powstał nieformalny Związek Młodych Autorek Jednej Powieści Piszących Drugą Książkę.

środa, 20 czerwca 2007
Odpychanie kobiet

Pracowałam kiedyś obok Sejmu. Przeżywałam niemal co tydzień w okresie wiosennoletnim najazdy hutników, górników, rolników, przystojniaków z Samoobrony i obrońców życia, którzy blokowali drogi i dróżki, że trudno było dojść do samochodu czy przystanku.

Rozumiem jednak, że manifestacje i protesty są w demokracji naturalne i może zżymałam się na te korki, ale zżymałam się demokratycznie.

Wczoraj na ulice wyszły kobiety - pielęgniarki. Z płacami 1200 zł, z pokończonymi studiami (na ogół), niedoceniane, również niestety przez lekarzy, konieczne i niezbędne w każdym szpitalu i przychodni, przy każdej operacji i przeszczepie, fachowcy, do których mówi się "siostro".

Policja potraktowała je z buta.

Górników i hutników - nigdy. Przystojniaków z Samoobrony - nigdy, nawet za poprzedniego rządu. Kobiety, które domagają się swoich praw, uznania ich pracy za ważną, również uznania finansowego, a głos mają cieńszy niż górnicy, i siły zdecydowanie mniej, zwłaszcza po tylu nocnych dyżurach, zostały spychane i odpychane przez dobrze odżywionych byczków, żeby ulica była przejezdna.

Nikt z rządu do nich nie wyszedł.

Nie mam słów.

 

 

13:49, troppo_bella , Apolityczna
Link Komentarze (18) »
wtorek, 19 czerwca 2007
Głupie, miałkie tekściny do kobiecych pism

Neptunica w odpowiedzi na mój poprzedni wpis napisała tak:

pomysl o kasie i ze jestes kobieta i sie prostytuuj spokojnie. wszystkie piszmy glupie, mialkie teksciny do kobiecych pism, od razu nam sie poprawi humor. jako kobiety mamy przeciez prostytucje we krwi, prawda? ktokolwiek cokolwiek glupiego i ponizej naswzego poziomu nam zaproponuje, zrobimy to predziutko i gzreczniutko, mimo paru zawahan...

A ja się zaczęłam zastanawiać, czy poświęcając parę lat mojego zawodowego życia pisaniu w kobiecych pismach postępowałam niemoralnie?

Czy to było zwykłe pisanie nieszkodliwych głupotek za dobre pieniądze, czy też jednak działanie na szkodę rodzaju kobiecego?

Bo przez te lata upewniłam się ostatecznie, że zawartością prasy kolorowej rządzi reklamodawca. To reklama ustala, o czym chodzą teksty na Zdrowiu, Urodzie, Modzie, Podróżach, Poradach, tzw. Kulturze. Nie pisze się źle o nikim/niczym, co potencjalnie mogłoby przynieść reklamy, a reklamodawcom, którzy już je wykupili, robi się loda na tysiąc sposobów w tekstach, zdjęciach, konkursach, krzyżówkach, wzmiankach, doborze gadżetów do sesji oraz dziale plotek.

A wszystko służy tylko i wyłącznie temu, żeby kobiecie trochę poprawić humor, po czym wytworzyć w niej ssanie na reklamowane produkty, dzięki którym - jak gwarantuje pismo:

- jej życie i figura się polepszy,

- dzieci się staną grzeczniejsze,

- stara matka wyleczy się z Alzheimera i nie będzie zawracać głowy,

- a ty, czytelniczko, będziesz mogła w fajnych ciuchach (z naszej sesji) wyjechać w miejsce, o którym piszemy (nie za darmo, biuro podróży zorganizowało dla naszych dziennikarzy imprezę integracyjną),

- a mężczyźni będą się ścielić u Twych wypielęgnowanych stóp z paznokciami pokrytymi lakierem Rimmel czy Srimmel, co - jak wiadomo - jest kobiecym rajem,

a przy tym wszystkim każemy tym kobietom wierzyć, że radzimy im szczerze, bezinteresownie i z prawdziwą troską o ich życie i samopoczucie (nabijając kabzę wydawcy zupełnie przy okazji).

Z wykonania tekstu dla miesięcznika kobiecego właśnie zrezygnowałam. I znacznie mi ulżyło.

Nie chcę już chyba przykładać do tego ręki

UPDATE:

Kiedyś myślałam, że te magazyny to taka wspólna zabawa: ja piszę, trochę niepoważnie, ktoś czyta, z przymrużeniem oka, razem się świetnie bawimy.

Teraz widzę, że są osoby, które traktują te pisma jako wyrocznię, drogowskaz i latarnię morską. To mnie niepokoi, przez to trudniej się tym bawić

niedziela, 17 czerwca 2007
Tonę

Bardzo cierpię, gdyż jakiś czas temu podjęłam się napisania tekstu do pisma kobiecego, a teraz wielkimi krokami nadchodzi dedlajn. Dawno nie pisałam nic do kobiecych magazynów, dawno w nich nie pracowałam, a co za tym idzie - dawno ich nie czytałam (nawet u dentysty w poczekalni ostatnio wyłożyli "Przekrój"), więc kompletnie odwykłam.

Cierpię, bo miałkość myśli, które produkuję i przelewam na monitor, zalewa mnie po uszy, jak bohaterkę filmu "Godziny" graną przez Julianne Moore. Czuję, że tonę, a tu jeszcze trzeba zadzwonić do paru specjalistów i zadać im tak kretyńskie pytania o tak idiotyczny problem, że nie wiem, czy zdołam je wypuścić zza zagrody mych zębów.

Co mnie podkusiło?

Może to, że jeszcze 3 lata temu uważałam to za miły i niekrępujący rodzaj zarobkowania, więc od razu odruchowo powiedziałam "Tak".

Człowiek się jednak rozwija, to jedyne co krzepi w tym całym przedsięwzięciu.

Jeśli ktoś mi napisze, że i na blogu piszę miałko, nie będę protestować, ale powiem, że tu robię to dla przyjemności, a tam dla pieniędzy.

Jak się nazywa robienie dla pieniędzy tego, co dla przyjemności robi się za darmo?

piątek, 15 czerwca 2007
Nessun dorma. Vincero'!

Siedzę zaryczana i ciągle przeżywam. Strasznie silne emocje wywołał we mnie króciutki klip, który obejrzałam dzięki wodzie.lekko.gazowanej, tutaj:

http://weranda.blox.pl/2007/06/czapki-z-glow-panie-i-panowie-czapki-z-glow.html

A oto skrót do wzruszeń:

http://www.youtube.com/watch?v=1k08yxu57NA

Porusza mnie wiara w siebie tego człowieka o zabawnej fizis, porusza to, jakie skarby kryje on w sobie i że zawalczył, żeby to pokazać. I to jak pokazać!

A najbardziej mnie porusza reakcja publiczności oraz jury, którzy od początkowego znudzenia i zażenowania marzeniami sprzedawcy telefonów komórkowych o krzywych zębach przechodzą przez zaskoczenie i niedowierzanie do niesamowitego entuzjazmu, a my przechodzimy te wszystkie fazy z nimi.

A on tak śpiewa...

No i chwała Pucciniemu!

Dzięki, Wodo, za porcję porannego wzruszenia. Skąd Ty to wygrzebałaś?

czwartek, 14 czerwca 2007
Z freudowskich pomyłek

Z freudowskich pomyłek: właśnie napisałam trumianek (zamiast rumianku) i takie się dwuznaczne to ziółko zrobiło...

A potem komputer pomyślał za mnie i poprawił mi słowo wyluzowuję na wylutowuję.

Więc idę się trochę wylutować.

13:26, troppo_bella
Link Komentarze (12) »
środa, 13 czerwca 2007
Fujara (finansowa)

Jestem fujarą finansową. Gdyby zebrać do kupy całą kasę, na jaką ktoś mnie kiedyś naciął, wykiwał, nie dopłacił, zapomniał, nie oddał, zebrałoby się pewnie na becikowe dla pięćdziesiątki dzieci. Nie umiem o tym rozmawiać, nie umiem prosić, domagać się, targować ani stawiać. 

Ostatnio zaproponowano mi udział w konkursie na wykonanie pewnego cyklu prac. Niechcący i nieoczekiwanie konkurs wygrałam, co mnie bardzo ucieszyło, do momentu, kiedy powiedziano, żebym zaproponowała sumę, którą za ten cykl chcę.

Myślałam.

Myślałam.

Myślałam i w końcu wymyśliłam pieniądze, niżej których nie zejdę, bo mój wolny czas jest naprawdę cenny.

Ale kiedy zadzwonili z tamtej firmy, bałam się o tym powiedzieć. A jeśli to za dużo? A jeśli się oburzą? A jeśli to za mało i po raz kolejny wykiwam samą siebie? Zresztą w ogóle trudno mi wymawiać liczebniki w takiej sytuacji. Ot, romantyczne wychowanie.

- A może pan coś zaproponuje - powiedziałam speszona, bojąc się, że wyskoczy z jakimiś obraźliwymi ochłapami, a wtedy ja będę musiała z tej robótki zrezygnować.

I wtedy on wymówił sumę, która wydała mi się niewiarygodna, bo przewyższała o 150 procent tę moją sumę minimalną.

- Ile? - spytałam słabym głosem, bo myślałam, że się przesłyszałam.

- No wie pani, mamy ograniczony budżet, tyle mogę pani zaproponować - tłumaczył się pan.

- Netto czy brutto? - zadałam kolejne pytanie, a głos chyba miałam dziwny, bo pan od razu i przepraszającym tonem rzekł:

- Na rękę oczywiście!

Ciągle nie mogę w to uwierzyć.

Wygląda na to, że los postanowił mi zwrócić część tego utraconego becikowego...

wtorek, 12 czerwca 2007
Szkoła żeńska (dedykowane Romanowi G.)

A propos giertychowych pomysłów co jednopłciowych szkół: ja spędziłam rok w średniej szkole dla dziewcząt, prowadzonej przez zakonnice, więc wiem, czym to pachnie.

To pachnie kobiecym potem, zwłaszcza, gdy trzeba nosić mundurki (myśmy nosiły).

Był to najgorszy chyba rok mojego życia (jeśli nie liczyć pracy na zmywaku we Włoszech w zakaraluszonej knajpie, wakacji z moim drugim facetem oraz okresu kolek mojego syna).

Jednopłciowa klasa miała swoją stadną strukturę, hierarchię, bardzo sztywny porządek dziobania, jak w wojsku. Żadnych frakcji, nic. Osobniczka alfa, beta i tak dalej, aż do powszechnie pogardzanej osobniczki omegi, którą na szczęście nie byłam ja, bo wbiłam się w strukturę odrobinę wyżej.

Tylko odrobinę jednak.

Siostry stawialy na nauki humanistyczne, zgodnie z poglądem (wyrażonym dziś w Trójce przez obecną dyrektorkę mojej eks szkoły), że dziewczęta są dobre w humanistyce, więc można im odpuścić przedmioty ścisłe.

Tym sposobem z matmy i fizy miałam tam piątkę, bez żadnego wysiłku, co mnie samą żenowało, bo w poprzedniej szkole mało mnie nie oblano z tych przedmiotów, gdyż nieuk ze mnie był paskudny, a niewiedzę nadrabiałam gadaniem, co jednak na matmie nie działało.

Mimo modlitwy przed każdą lekcją, i duchu katolickim przepełniającym szkołę, laski myślały i gadały głównie o seksie, w tajemnicy przed siostrą dyżurującą na przerwie, jedna uczennica zaraz zresztą zaszła w ciążę, cztery kolejne zrobiły to w okolicach matury lub wkrótce potem, przez co nawet nie zaczęły studiów.

Z żeńskiej szkoły pamiętam kobiety w habitach, intrygi i wzajemne kopanie dołków, lizusostwo na szeroką skalę, wiele ściegów szydełkowych, technologię produkcji kilku ciast (miałyśmy zajęcia z gotowania i szydełkowania). Robienia na drutach nie doczekałam, bo zmieniłam szkołę na taką z chłopakami, z którymi trochę przez ten rok oduczyłam się rozmawiać, więc się wdzięcznie czerwieniłam, gdy tylko się do mnie odezwali.

Podobało się to niektórym facetom, może tym, którzy później pozakładali prawicowe partie.

W ciążę udało mi się jednak wtedy nie zajść.

Truskawki i Kenia

Rok temu siedziałam w pracy, która już zdążyła się stać nielubiana. Mama, gdy mnie chciała ujrzeć, przyjechała tam do mnie, z truskawkami, siedziałyśmy na trawniku pod oknem i prowadziłyśmy coś w rodzaju rozmowy przerywanej co chwila służbowymi telefonami na moją komórkę.

Syna też raz za dnia zobaczyłam, przyjechał zwiedzać mój zakład pracy z klasą. Potem musiałam siedzieć jeszcze dłużej niż zazwyczaj, by nadrobić tę godzinę z dziećmi.

Zarabiałam mnóstwo, i nawet udało mi się czasem wydać parę groszy w drodze do pracy.

Kiedy dzieci zaczęły do mnie mówić "Proszę pani", złożyłam wymówienie. Równo rok temu. Chciałam jeszcze pożyć.

No i żyję.

Mam czas powściekać się na dzieci, pozrzędzić na bałagan w mieszkaniu, poczytać głupią książkę i poblogować. Iść na bazarek, gdzie tańsze warzywa, bo i zarabiam dziesięć razy mniej. Jak po drodze spotkam znajomą, mam czas wdać się w pogawędkę i stać na ulicy przez godzinę w ferworze dyskusji.

Kosmetyki kupuję dużo tańsze, a po książki raczej chodzę do biblioteki, albo wymieniam się ze znajomymi. Bo na znajomych też mam czas.

Wrzody żołądka, takie z nerwów, już się prawie zaleczyły, a i głowa nigdy nie boli. Książkę napisałam, bo mam czas na pisanie tego, co chcę.

- Co robisz? - pytają znajomi.

- Trochę tego, trochę owego - odpowiadam, zgodnie z prawdą.

A tu ten został wiceprezesem, ta redaktorką naczelną, ten headwriterem, ten starszym specjalistą, ten konsulem w jakimś pięknym miejscu. Ja stoję gdzieś z tyłu, coraz bardziej z tyłu i trochę żałuję, że nie stać mnie na weekend w Kenii.

Ale ich nie stać na dwa miesiące na wsi. Czasowo ich nie stać.

Jem truskawki, przypominając sobie nerwową z powodu czynników zewnętrznych rozmowę z mamą, sprzed roku, i chyba się cieszę z decyzji, którą wtedy podjęłam.

poniedziałek, 11 czerwca 2007
TAM I TUTAJ

Moje życie wiosną i latem dzieli się na TAM i TUTAJ.

TUTAJ: internet, metro, pizza na telefon, bary sałatkowe, komórki, znajomi i przyjaciele w zasięgu ręki (stukającej w klawiaturę czy w klawisze telefonu), biblioteka, lody u Grycana w kilkudziesięciu smakach.

TAM: skowronek rano, słowik w nocy, pająki po kątach; wieczne brudne stopy od biegania boso; jaśmin pachnie słodkim obłędem; komórka - jedna kreska zasięgu tylko na końcu ogródka; jak nie ugotuję, to nie zjem; na grządce mięta, melisa, tymianek i lubczyk; w sklepiku lody w czterech podstawowych smakach, ale za to po 50 gr; środek lokomocji - stopy w klapkach i rower po piachu; przyjaciele - ci, którzy przyjadą.

Dwa życia i sama nie wiem, które prawdziwsze.

środa, 06 czerwca 2007
Uwaga, sutek!

Zbulwersowałam się dzisiaj. I to gdzie, w księgarni! Okładka najnowszej książki Paulo Coelho "Czarownica z Portobello" prezentuje ni mniej, ni więcej tylko kobiecy sutek! W powiększeniu!

Na ulicach plakaty reklamujące tęże książkę mają sutek zaklejony czarnym kwadratem. Niby wszystko jak trzeba, ale na mój gust kwadrat jest nieskromnie za mały i trochę widać(szykuję list otwarty w sprawie powiększenia kwadratu, chętni do podpisywania niech się do mnie zgłaszają). A w księgarni?! Jak można?! Przecież tam wchodzą dzieci!

Moim zasłoniłam oczy i wyszliśmy czym prędzej. Nigdy więcej!

poniedziałek, 04 czerwca 2007
Michał Ż. właśnie czyta gazetę!

Wyskoczyłam właśnie z zakątka Kłapouchego na chwilę na dwór po gazetę, a tu od kiosku właśnie odchodził ktoś, kto obrzucił mnie płomiennym spojrzeniem swoich dwojga oczu i był to ni mniej, ni więcej Michał Żebrowski. Mieszka tu? Był przejazdem?

Chłopak jak malowanie, przez moje młodsze koleżanki niechybnie zostałby nazwany ciachem.

Nie macie pojęcia, jakie to uczucie, gdy takie ciacho rzuca wam płomienne spojrzenie. Może było ono taksujące, może oceniało moją przydatność na targowisku próżności, mnie jednak widok tego pięknego mężczyzny, który na mnie patrzy (zdecydowanie zbyt krótko), sprawił niekłamaną przyjemność.

I równie niekłamaną sprawił mi jego widok, gdy odchodził ulicą. Dłuuugą ulicą, szczęśliwie, przez co o mało zapomniałam o tej gazecie.

I choć całe życie zarzekałam się, że najseksowniejszym organem mężczyzny jest mózg i zawsze wolałam interesujących brzydali od regularnych rysów przystojniaków, to po raz pierwszy w życiu poczułam, że w tej estetyce płci przeciwnej coś jest.

Mam napływ testosteronu czy jak?

Piraci

Kino było klimatyzowane - plus. Prawie puste - drugi plus. Popcorn wżarł się w ściany - minus. W niektórych rzędach zamiast siedzeń - kanapy - plus.

Film miał 170 minut - minus, bo każde z dzieci musiało iść do WC przynajmniej raz.

Johny Depp był, w dużych ilościach - plus. Z intrygi niewiele zrozumiałam - minus. Te zmieniające się sojusze, zdrady i przegrupowania - odpadałam, jak przy Klossie.

Spytałam potem dzieci, czy wszystko rozumiały. Wszystko - odpowiedziały bezczelnie. Z kim więc walczyli nasi bohaterowie? Z tymi drugimi - brzmiała odpowiedź.

Zawsze znajdą się jacyś drudzy.

Ok.

Piraci z Karaibów - część pierwsza - wielkie kino rozrywkowe dowcipne i pełne smaczków. Część druga - smaczki są nadal, niesamowity pojedynek na obracającym się młyńskim kole, ale gdzie wdzięk?

Część trzecia - z racji braku immanentnego wdzięku filmu próba epatowania pomnożonym wdziękiem Johnego Deppa, ale co za dużo, to niezdrowo. Nie widziałam, że dożyję chwili, że będzie mi za dużo Johnego Deppa. Dożyłam.

Ślub w czasie bitwy, między jednym sztychem a drugim - wejdzie do historii kina. Reszta - chyba nie.

Koniec obiecuje kontynuację, widać to nieuzbrojonym okiem. Hmm.

10:37, troppo_bella
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7